Akt I. Ostatni.
W końcu to zrobiłem. Wziąłem ołówek i pisałem cię kawałek po
kawałku. Muszę przyznać, że twoja bezradność była pociągająca. Najpierw
spotkanie, potem zapach nocy - trochę jak w filmie, wiem, ale teraz
to nieważne. Podniecony patrzyłem, jak stajesz się wierszem raz po raz. Przyciskałem
ołówek coraz mocniej, a on sprawiał cię nad wyraz i byłaś tam. To niewiarygodne, jak
ty bardzo tam byłaś. Szybko
dopisałem cię w każdym szczególe. Włosy jak powietrze i perły, perły
perły! Rozmawialiśmy o tym, o czym się nie mówi głośno, a nasz szept był
pyszny i czysty. Śmialiśmy się - pamiętam twój śmiech dokładnie.
Dziś często siadam obok, ale jej już nie ma. Została tylko straszna biel
kartki, na której naiwnie stawiam litery ciężkie jak łzy.
Komentarze (1)
-
- Bartek Kościński
- 15 listopada 2010, 07:07:11
Dobry tytuł "Akt I. Ostatni". Dramatyczny tytuł. Tekst mnie nie przekonuje, być może dlatego, że oczekiwałem takiego zakończenia. Nie wiem czy inni się ze mną zgodzą, ale przerzutnię są w złych miejscach.